Kochani!
Oto i nowa strona, poświęcona tylko i wyłącznie Carlosowi i przyjaciołom. Chwilowo zamieszczone tu posty mają charakter testowy, są niemal żywcem wycięte z mojego pierwszego bloga, którego w coraz większym stopniu wykorzystywałem na publikację historyjek opowiadanych mi przez Carlosa. Tuszę, że powoli dzień po dniu uda mi się uporządkować to miejsce, dodać pozostałe komiksy i mniej lub bardziej systematycznie ubogacać stronę kolejnymi przygodami misia.
czwartek, 28 stycznia 2010
wtorek, 26 stycznia 2010
Miś Carlos - Zimowa frajda!
Zima, zima, zima! Przyszła, już jest, zalega w mieście, zdobi lasy i doliny, odmraża nam głowy i maluje rumieńce na policzkach. Przybyła już jakiś czas temu a wraz z nią zjawiła się okazja do najwspanialszych zabaw zimowego czasu. Dopiero co byliśmy z Carlosem na nartach, ledwie powitaliśmy pierwszą gwiazdkę i Nowy Rok, gdy nas kolejna czekała frajda - lepienie bałwana!
Ja - zmęczony narciarską przygodą - całą imprezę postanowiłem oglądnąć z okna ciepłego, domowego zacisza i parząc herbatę przypatrywałem się co też z projektów moich przyjaciół wyniknie; gdy zaś okazało się, że ulepiony bałwanek nie ma prawdziwego marchewkowego nosa i właściwie znikąd zdobyć go niepodobna, moja ciekawość i przesadna troska o kolegów kazała mi nie spuszczać z oka Carlosa, który zawsze ma łebek pełen najdziwniejszych nieraz pomysłów. Jak się okazało, i tym razem nie myliłem się ani trochę, bo Carlos z właściwą sobie gracją i rezolutnością błyskawicznie wpadł na koncept dość wprawdzie niecodzienny a przecież wcale przytomny i dowcipny.
Finał tej historii był mimo to nieco zaskakujący, przy tym tak zabawny, że nie wahałem się ani chwili i od razu przedsięwziąłem rzecz całą narysować.





Ja - zmęczony narciarską przygodą - całą imprezę postanowiłem oglądnąć z okna ciepłego, domowego zacisza i parząc herbatę przypatrywałem się co też z projektów moich przyjaciół wyniknie; gdy zaś okazało się, że ulepiony bałwanek nie ma prawdziwego marchewkowego nosa i właściwie znikąd zdobyć go niepodobna, moja ciekawość i przesadna troska o kolegów kazała mi nie spuszczać z oka Carlosa, który zawsze ma łebek pełen najdziwniejszych nieraz pomysłów. Jak się okazało, i tym razem nie myliłem się ani trochę, bo Carlos z właściwą sobie gracją i rezolutnością błyskawicznie wpadł na koncept dość wprawdzie niecodzienny a przecież wcale przytomny i dowcipny.
Finał tej historii był mimo to nieco zaskakujący, przy tym tak zabawny, że nie wahałem się ani chwili i od razu przedsięwziąłem rzecz całą narysować.





poniedziałek, 25 stycznia 2010
Miś Carlos - Nuuuda
No i proszę, czas pędzi rączo przed siebie, jakby na złamanie karku, zupełnie bez opamiętania. Dopiero co, za namową Carlosa rysowałem jego pierwszą przygodę a tymczasem poniższa historyjka to już siódmy odcinek przedziwnych perypetii mojego drogiego kompana.
Tym razem stała się rzecz niesłychana. Oto bowiem postanowiliśmy z Carlosem i przyjaciółmi wybrać się na górską wycieczkę; wszystkie dostrzegalne znaki na niebie i ziemi wskazywały jednak, że gdy tylko przekroczymy próg domu, że gdziekolwiek się nie udamy, tam czekać nas będzie niepogoda. Carlos, który zazwyczaj pierwszy wyrywa się na każdą możliwą wyprawę postanowił wraz z wierną ekipą towarzyszy przeczekać burzę w domu, ja tymczasem mimo niesprzyjających prognoz zarzuciłem plecak na ramię i wyruszywszy na dwudniowy spacer napawałem się pięknem gorczańskich hal.
Podczas gdy pokonywałem kolejne wzniesienia Carlosa i spółkę dopadła prawdziwa nuuuda, z którą poradzili (?) sobie w następujący sposób.





Tym razem stała się rzecz niesłychana. Oto bowiem postanowiliśmy z Carlosem i przyjaciółmi wybrać się na górską wycieczkę; wszystkie dostrzegalne znaki na niebie i ziemi wskazywały jednak, że gdy tylko przekroczymy próg domu, że gdziekolwiek się nie udamy, tam czekać nas będzie niepogoda. Carlos, który zazwyczaj pierwszy wyrywa się na każdą możliwą wyprawę postanowił wraz z wierną ekipą towarzyszy przeczekać burzę w domu, ja tymczasem mimo niesprzyjających prognoz zarzuciłem plecak na ramię i wyruszywszy na dwudniowy spacer napawałem się pięknem gorczańskich hal.
Podczas gdy pokonywałem kolejne wzniesienia Carlosa i spółkę dopadła prawdziwa nuuuda, z którą poradzili (?) sobie w następujący sposób.





C. i K. Gofry
W życiu zarówno człowieka jak i misia, mimo najróżniejszych perypetii bywają przecież i takie chwile, które z natury swojej są wesołe i stanowią okazję do świętowania. Kiedy jakiś czasem temu oznajmiłem Carlosowi, że oto wkrótce, po latach harówki i odkurzania nosem książek zostanę najprawdziwszym historykiem, druh mój ucieszył się szczerze i z miejsca zaprosił mnie na poczęstunek; przy czym nie miała to być byle jaka przekąska a najprawdziwsze gofry z wieeelką ilością pysznej bitej śmietany.
Myśl o tego rodzaju słodkościach spodobała mi się od razu, Carlosa zaś pochłonęła do reszty i kiedy tłumaczyłem mu, że na radość przyjdzie czas dopiero po końcowym egzaminie, uznał za słuszne bezzwłocznie wypróbować lokal do którego mieliśmy się w niedalekiej przyszłości udać.
Zaprosiwszy więc naszego kolegę wybrał się z nim na ważką i jak mi to objaśnił konieczną degustację i tak jak to zwykle w jego przypadku nie obyło się bez pewnej zabawnej sytuacji.



Myśl o tego rodzaju słodkościach spodobała mi się od razu, Carlosa zaś pochłonęła do reszty i kiedy tłumaczyłem mu, że na radość przyjdzie czas dopiero po końcowym egzaminie, uznał za słuszne bezzwłocznie wypróbować lokal do którego mieliśmy się w niedalekiej przyszłości udać.
Zaprosiwszy więc naszego kolegę wybrał się z nim na ważką i jak mi to objaśnił konieczną degustację i tak jak to zwykle w jego przypadku nie obyło się bez pewnej zabawnej sytuacji.



Subskrybuj:
Posty (Atom)