Ani żeśmy się z misiem obejrzeli a tu już - trzask, prask! przyszła wiosna i na dobre zadomowiła się nie tylko w naszych ukochanych górach i dolinach, ale przemogła wrodzoną nieśmiałość i zawitała również do naszego szaroburego miasteczka.
A więc stało się: "Stuknęła nam kolejna wiosna" - skonstatowaliśmy z paczką przyjaciół chórem, czując że fakt ten zasługuje przecież na szczególnego rodzaju celebrację. Nie namyśliwszy się nawet, czym prędzej wygoniłem towarzyszy za drzwi, podejmując się tym samym karkołomnego zadania organizacji godnego tej okazji koktajl party. Podczas gdy ja żmudnie mieszałem hektolitry mlecznych mikstur z kawałkami co bardziej egzotycznych owoców i - a jakże! - czekolady, przyjaciele moi szwendali się tam i sam bez celu.
Gdy ponownie zapukali do drzwi, nie mogłem nadziwić się ich przemianie. Wbiegli zaaferowani, zaspani, jakby w amoku, i zahaczywszy o łazienkę gdzie obmyli zakurzone lica w te pędy udali się do pokoju. Tam przebrali się w pośpiechu i zanim zdążyłem ich zagadnąć wylecieli z domu.
Chcąc nie chcąc koktajl party przełożyłem więc na wieczór i staczając dzielny bój z grożącą mi nudą oczekiwałem na powrót druhów, raz po raz kosztując przygotowane smakołyki. Kiedy już od obżarstwa niemal się pochorowałem, wesoła gromadka moich kompanów przybyła z nową historią, którą opowiedziała mi przy szklance mleka i z ustami pełnymi resztek słodkich ciasteczek.