Z dedykacją dla Mirelki.
Ach ta tęsknota. Dopada znienacka, atakuje bezwzględnie i nie daje spokoju póki w ten czy inny sposób zadość jej nie uczynimy. O to jednak nawet w dzisiejszym świecie niełatwo, bo przecież nie zawsze możemy się z bliskimi i przyjaciółmi zobaczyć, a już niezwykle rzadko udaje nam się to w tej właśnie chwili kiedybyśmy takiego spotkania najbardziej pragnęli. Pół biedy gdy taka uporczywie nękająca nasze myśli bratnia dusza mieszka blisko nas - o ileż prościej wpaść na siebie choćby i przypadkiem lub zwyczajnie przypadkowi dyskretnie dopomóc.
Jak wdzięczni losowi winni być wszyscy obdarzeni tego rodzaju komfortem przypomniał mi nieoceniony druh mój miś Carlos, który sam targany okrutną tęsknotą dzielnie postanowił stawić jej czoła i nie wahając się długo powziął szlachetny zamiar napisania listu w jego tradycyjnej, nieco staroświeckiej już formie. Myliłby się jednak, kto by sądził, że z tej żmudnej i skomplikowanej czynności nie może wyniknąć jakakolwiek przygoda. O nie! Carlos bowiem zadbał nie tylko o treść swej wiadomości ale i o to by została czym prędzej doręczona. A gdy z szelmowskim uśmiechem opowiedział mi co z tego wynikło wspólnie uznaliśmy, że historię tę należy szybciutko narysować.
poniedziałek, 26 grudnia 2011
środa, 10 sierpnia 2011
Burza mózgów
Wakacje pełną gębą, czas na słodkie leniuchowanie, łakome wąchanie kwiatków, radosne gapienie się w obłoki, liczenie gwiazd w odbijającym niebo jeziorku i fusów przemierzających leniwie bezkresne herbaciane odmęty - słowem czas na notoryczne nicnierobienie.
Proceder ten przybrał wśród moich przyjaciół rozmiar prawdziwej recydywy a kompani moi zupełnie się z nim nie kryją, przeciwnie, zdają się być nawet dumni, że w ten właśnie, a nie inny sposób spędzają wolne chwile. Mi pozostaje wzdychać rzewnie i wieczorami gdy mnie odwiedzają słuchać łapczywie ich barwnych opowieści, tym bardziej, że co i rusz przydarza im się coś niesłychanego. Ostatnia ich przygoda prawdziwie mnie jednak zdumiała a przy tym rozbawiła co niemiara, tak, że czym prędzej postanowiłem ją narysować. Oto bowiem, miś Carlos wraz z druhami wziął udział w prawdziwej acz mimowolnej burzy mózgów jakiej nie powstydziłyby się najszacowniejsze gremia siwobrodych mędrców. Jak do tego doszło - zobaczcie!
poniedziałek, 22 listopada 2010
En Garde!
"En garde!" - krzyknąłem ostatnio Carlosowi na powitanie, a zobaczywszy jego zdziwioną minę zaraz wytłumaczyłem się z tej osobliwej, lecz przecież przyjacielskiej zaczepki. Z wielką dumą począłem mojemu dzielnemu druhowi wyłuszczać cóż to zawołanie właściwie znaczy, i że sam przyswoiłem je sobie niedawno podczas lekcji szermierki na jakie uczęszczam.
Carlos wprawił mnie jednak w niemałe zdumienie, gdy odrzekł, że wyrażenie to zna doskonale, jego początkowa konsternacja wynikała zaś z faktu, że jestem kolejną osobą z kręgu naszych wspólnych przyjaciół, która w krótkim czasie zainteresowała się fechtunkiem.
Ja, nic o tym dotychczas nie wiedząc, miałem nadzieję nieco zaskoczyć Carlosa i zainteresować go tym arcyciekawym sportem. Tymczasem okazało się, że kompan mój, jest szermierzem bądź co bądź już doświadczonym i wcale utalentowanym, a nadto na wyraz pomysłowym. Na dowód tego opowiedział mi taką oto historię:

Carlos wprawił mnie jednak w niemałe zdumienie, gdy odrzekł, że wyrażenie to zna doskonale, jego początkowa konsternacja wynikała zaś z faktu, że jestem kolejną osobą z kręgu naszych wspólnych przyjaciół, która w krótkim czasie zainteresowała się fechtunkiem.
Ja, nic o tym dotychczas nie wiedząc, miałem nadzieję nieco zaskoczyć Carlosa i zainteresować go tym arcyciekawym sportem. Tymczasem okazało się, że kompan mój, jest szermierzem bądź co bądź już doświadczonym i wcale utalentowanym, a nadto na wyraz pomysłowym. Na dowód tego opowiedział mi taką oto historię:

czwartek, 30 września 2010
Komputer
Uff... Trwało to doprawdy długo, dysputy były zażarte i ciągnęły się późno w noc. Rozważaliśmy wspólnie wszystkie za i przeciw, i choć po części próbowaliśmy uzmysłowić sobie wszystko to, co jak się koniec końców okazało, wyobrażone być nie może. Mimo niepewności co do skutków tej decyzji Carlos ostatecznie uznał za stosowne na dobre zaistnieć w sieci i czym prędzej założyć własną skrzynkę pocztową.
Nie powiem, byłem nieco zdziwiony gdy po raz pierwszy przedstawił mi ten koncept - dobrze znam mojego przyjaciela i wiem że nigdy nie przedłożyłby choćby minuty przed szklanym ekranem nad pospolity spacer po lesie. A przecież nie sposób zaprzeczyć, że nawet miś ma swoje życiowe sprawy, w których internet okazuje się niezastąpiony.
Bo w rzeczy samej, nie wszyscy nasi znajomi są blisko nas, czasem ktoś gdzieś wyjedzie, czasem to my tułamy się tam i sam.
Przyklasnąłem więc Carlosowi i niezwłocznie użyczyłem mu swój komputer - okazało się jednak, że druh mój ma nie lada problem z jego obsługą. Przez chwilę myślałem że z planów misia nici, na szczęście Carlos szybko znalazł rozwiązanie i zgrabnie wybrnął z tarapatów, po raz kolejny imponując mi swoim dowcipem.
Nie powiem, byłem nieco zdziwiony gdy po raz pierwszy przedstawił mi ten koncept - dobrze znam mojego przyjaciela i wiem że nigdy nie przedłożyłby choćby minuty przed szklanym ekranem nad pospolity spacer po lesie. A przecież nie sposób zaprzeczyć, że nawet miś ma swoje życiowe sprawy, w których internet okazuje się niezastąpiony.
Bo w rzeczy samej, nie wszyscy nasi znajomi są blisko nas, czasem ktoś gdzieś wyjedzie, czasem to my tułamy się tam i sam.
Przyklasnąłem więc Carlosowi i niezwłocznie użyczyłem mu swój komputer - okazało się jednak, że druh mój ma nie lada problem z jego obsługą. Przez chwilę myślałem że z planów misia nici, na szczęście Carlos szybko znalazł rozwiązanie i zgrabnie wybrnął z tarapatów, po raz kolejny imponując mi swoim dowcipem.
środa, 30 czerwca 2010
Wiosna!
Ani żeśmy się z misiem obejrzeli a tu już - trzask, prask! przyszła wiosna i na dobre zadomowiła się nie tylko w naszych ukochanych górach i dolinach, ale przemogła wrodzoną nieśmiałość i zawitała również do naszego szaroburego miasteczka.
A więc stało się: "Stuknęła nam kolejna wiosna" - skonstatowaliśmy z paczką przyjaciół chórem, czując że fakt ten zasługuje przecież na szczególnego rodzaju celebrację. Nie namyśliwszy się nawet, czym prędzej wygoniłem towarzyszy za drzwi, podejmując się tym samym karkołomnego zadania organizacji godnego tej okazji koktajl party. Podczas gdy ja żmudnie mieszałem hektolitry mlecznych mikstur z kawałkami co bardziej egzotycznych owoców i - a jakże! - czekolady, przyjaciele moi szwendali się tam i sam bez celu.
Gdy ponownie zapukali do drzwi, nie mogłem nadziwić się ich przemianie. Wbiegli zaaferowani, zaspani, jakby w amoku, i zahaczywszy o łazienkę gdzie obmyli zakurzone lica w te pędy udali się do pokoju. Tam przebrali się w pośpiechu i zanim zdążyłem ich zagadnąć wylecieli z domu.
Chcąc nie chcąc koktajl party przełożyłem więc na wieczór i staczając dzielny bój z grożącą mi nudą oczekiwałem na powrót druhów, raz po raz kosztując przygotowane smakołyki. Kiedy już od obżarstwa niemal się pochorowałem, wesoła gromadka moich kompanów przybyła z nową historią, którą opowiedziała mi przy szklance mleka i z ustami pełnymi resztek słodkich ciasteczek.

A więc stało się: "Stuknęła nam kolejna wiosna" - skonstatowaliśmy z paczką przyjaciół chórem, czując że fakt ten zasługuje przecież na szczególnego rodzaju celebrację. Nie namyśliwszy się nawet, czym prędzej wygoniłem towarzyszy za drzwi, podejmując się tym samym karkołomnego zadania organizacji godnego tej okazji koktajl party. Podczas gdy ja żmudnie mieszałem hektolitry mlecznych mikstur z kawałkami co bardziej egzotycznych owoców i - a jakże! - czekolady, przyjaciele moi szwendali się tam i sam bez celu.
Gdy ponownie zapukali do drzwi, nie mogłem nadziwić się ich przemianie. Wbiegli zaaferowani, zaspani, jakby w amoku, i zahaczywszy o łazienkę gdzie obmyli zakurzone lica w te pędy udali się do pokoju. Tam przebrali się w pośpiechu i zanim zdążyłem ich zagadnąć wylecieli z domu.
Chcąc nie chcąc koktajl party przełożyłem więc na wieczór i staczając dzielny bój z grożącą mi nudą oczekiwałem na powrót druhów, raz po raz kosztując przygotowane smakołyki. Kiedy już od obżarstwa niemal się pochorowałem, wesoła gromadka moich kompanów przybyła z nową historią, którą opowiedziała mi przy szklance mleka i z ustami pełnymi resztek słodkich ciasteczek.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010
Święta!
Kochani,
Razem z misiem Carlosem składamy Wam najserdeczniejsze świąteczne życzenia tego co najpiękniejsze, bogactwa ducha i spokoju serca.czwartek, 28 stycznia 2010
Testy, testy, testy
Kochani!
Oto i nowa strona, poświęcona tylko i wyłącznie Carlosowi i przyjaciołom. Chwilowo zamieszczone tu posty mają charakter testowy, są niemal żywcem wycięte z mojego pierwszego bloga, którego w coraz większym stopniu wykorzystywałem na publikację historyjek opowiadanych mi przez Carlosa. Tuszę, że powoli dzień po dniu uda mi się uporządkować to miejsce, dodać pozostałe komiksy i mniej lub bardziej systematycznie ubogacać stronę kolejnymi przygodami misia.
Oto i nowa strona, poświęcona tylko i wyłącznie Carlosowi i przyjaciołom. Chwilowo zamieszczone tu posty mają charakter testowy, są niemal żywcem wycięte z mojego pierwszego bloga, którego w coraz większym stopniu wykorzystywałem na publikację historyjek opowiadanych mi przez Carlosa. Tuszę, że powoli dzień po dniu uda mi się uporządkować to miejsce, dodać pozostałe komiksy i mniej lub bardziej systematycznie ubogacać stronę kolejnymi przygodami misia.
wtorek, 26 stycznia 2010
Miś Carlos - Zimowa frajda!
Zima, zima, zima! Przyszła, już jest, zalega w mieście, zdobi lasy i doliny, odmraża nam głowy i maluje rumieńce na policzkach. Przybyła już jakiś czas temu a wraz z nią zjawiła się okazja do najwspanialszych zabaw zimowego czasu. Dopiero co byliśmy z Carlosem na nartach, ledwie powitaliśmy pierwszą gwiazdkę i Nowy Rok, gdy nas kolejna czekała frajda - lepienie bałwana!
Ja - zmęczony narciarską przygodą - całą imprezę postanowiłem oglądnąć z okna ciepłego, domowego zacisza i parząc herbatę przypatrywałem się co też z projektów moich przyjaciół wyniknie; gdy zaś okazało się, że ulepiony bałwanek nie ma prawdziwego marchewkowego nosa i właściwie znikąd zdobyć go niepodobna, moja ciekawość i przesadna troska o kolegów kazała mi nie spuszczać z oka Carlosa, który zawsze ma łebek pełen najdziwniejszych nieraz pomysłów. Jak się okazało, i tym razem nie myliłem się ani trochę, bo Carlos z właściwą sobie gracją i rezolutnością błyskawicznie wpadł na koncept dość wprawdzie niecodzienny a przecież wcale przytomny i dowcipny.
Finał tej historii był mimo to nieco zaskakujący, przy tym tak zabawny, że nie wahałem się ani chwili i od razu przedsięwziąłem rzecz całą narysować.





Ja - zmęczony narciarską przygodą - całą imprezę postanowiłem oglądnąć z okna ciepłego, domowego zacisza i parząc herbatę przypatrywałem się co też z projektów moich przyjaciół wyniknie; gdy zaś okazało się, że ulepiony bałwanek nie ma prawdziwego marchewkowego nosa i właściwie znikąd zdobyć go niepodobna, moja ciekawość i przesadna troska o kolegów kazała mi nie spuszczać z oka Carlosa, który zawsze ma łebek pełen najdziwniejszych nieraz pomysłów. Jak się okazało, i tym razem nie myliłem się ani trochę, bo Carlos z właściwą sobie gracją i rezolutnością błyskawicznie wpadł na koncept dość wprawdzie niecodzienny a przecież wcale przytomny i dowcipny.
Finał tej historii był mimo to nieco zaskakujący, przy tym tak zabawny, że nie wahałem się ani chwili i od razu przedsięwziąłem rzecz całą narysować.





poniedziałek, 25 stycznia 2010
Miś Carlos - Nuuuda
No i proszę, czas pędzi rączo przed siebie, jakby na złamanie karku, zupełnie bez opamiętania. Dopiero co, za namową Carlosa rysowałem jego pierwszą przygodę a tymczasem poniższa historyjka to już siódmy odcinek przedziwnych perypetii mojego drogiego kompana.
Tym razem stała się rzecz niesłychana. Oto bowiem postanowiliśmy z Carlosem i przyjaciółmi wybrać się na górską wycieczkę; wszystkie dostrzegalne znaki na niebie i ziemi wskazywały jednak, że gdy tylko przekroczymy próg domu, że gdziekolwiek się nie udamy, tam czekać nas będzie niepogoda. Carlos, który zazwyczaj pierwszy wyrywa się na każdą możliwą wyprawę postanowił wraz z wierną ekipą towarzyszy przeczekać burzę w domu, ja tymczasem mimo niesprzyjających prognoz zarzuciłem plecak na ramię i wyruszywszy na dwudniowy spacer napawałem się pięknem gorczańskich hal.
Podczas gdy pokonywałem kolejne wzniesienia Carlosa i spółkę dopadła prawdziwa nuuuda, z którą poradzili (?) sobie w następujący sposób.





Tym razem stała się rzecz niesłychana. Oto bowiem postanowiliśmy z Carlosem i przyjaciółmi wybrać się na górską wycieczkę; wszystkie dostrzegalne znaki na niebie i ziemi wskazywały jednak, że gdy tylko przekroczymy próg domu, że gdziekolwiek się nie udamy, tam czekać nas będzie niepogoda. Carlos, który zazwyczaj pierwszy wyrywa się na każdą możliwą wyprawę postanowił wraz z wierną ekipą towarzyszy przeczekać burzę w domu, ja tymczasem mimo niesprzyjających prognoz zarzuciłem plecak na ramię i wyruszywszy na dwudniowy spacer napawałem się pięknem gorczańskich hal.
Podczas gdy pokonywałem kolejne wzniesienia Carlosa i spółkę dopadła prawdziwa nuuuda, z którą poradzili (?) sobie w następujący sposób.





C. i K. Gofry
W życiu zarówno człowieka jak i misia, mimo najróżniejszych perypetii bywają przecież i takie chwile, które z natury swojej są wesołe i stanowią okazję do świętowania. Kiedy jakiś czasem temu oznajmiłem Carlosowi, że oto wkrótce, po latach harówki i odkurzania nosem książek zostanę najprawdziwszym historykiem, druh mój ucieszył się szczerze i z miejsca zaprosił mnie na poczęstunek; przy czym nie miała to być byle jaka przekąska a najprawdziwsze gofry z wieeelką ilością pysznej bitej śmietany.
Myśl o tego rodzaju słodkościach spodobała mi się od razu, Carlosa zaś pochłonęła do reszty i kiedy tłumaczyłem mu, że na radość przyjdzie czas dopiero po końcowym egzaminie, uznał za słuszne bezzwłocznie wypróbować lokal do którego mieliśmy się w niedalekiej przyszłości udać.
Zaprosiwszy więc naszego kolegę wybrał się z nim na ważką i jak mi to objaśnił konieczną degustację i tak jak to zwykle w jego przypadku nie obyło się bez pewnej zabawnej sytuacji.



Myśl o tego rodzaju słodkościach spodobała mi się od razu, Carlosa zaś pochłonęła do reszty i kiedy tłumaczyłem mu, że na radość przyjdzie czas dopiero po końcowym egzaminie, uznał za słuszne bezzwłocznie wypróbować lokal do którego mieliśmy się w niedalekiej przyszłości udać.
Zaprosiwszy więc naszego kolegę wybrał się z nim na ważką i jak mi to objaśnił konieczną degustację i tak jak to zwykle w jego przypadku nie obyło się bez pewnej zabawnej sytuacji.



Subskrybuj:
Posty (Atom)




























