Ja - zmęczony narciarską przygodą - całą imprezę postanowiłem oglądnąć z okna ciepłego, domowego zacisza i parząc herbatę przypatrywałem się co też z projektów moich przyjaciół wyniknie; gdy zaś okazało się, że ulepiony bałwanek nie ma prawdziwego marchewkowego nosa i właściwie znikąd zdobyć go niepodobna, moja ciekawość i przesadna troska o kolegów kazała mi nie spuszczać z oka Carlosa, który zawsze ma łebek pełen najdziwniejszych nieraz pomysłów. Jak się okazało, i tym razem nie myliłem się ani trochę, bo Carlos z właściwą sobie gracją i rezolutnością błyskawicznie wpadł na koncept dość wprawdzie niecodzienny a przecież wcale przytomny i dowcipny.
Finał tej historii był mimo to nieco zaskakujący, przy tym tak zabawny, że nie wahałem się ani chwili i od razu przedsięwziąłem rzecz całą narysować.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz